czwartek, 16 listopada 2017

Bezpieczny port

Bezpieczny port



Otulam się moją świętą samotnością, jak ciepłym kocem. Zmarznięta lgnę w nią głęboko, głębiej, dalej. Staję się ciszą, bezruchem. Wchodzę w rozgrzewający duszę spokój. Tak mi tu dobrze, tak błogo i słodko. I choćby wokół szalała burza, świat pędził na oślep donikąd, wiem, że tu jestem bezpieczna, że tu należę cała do Ciebie, Boże!
W świętej samotności serca nie ma zgiełku, choć wokół toczy się życie wypełnione gwarem i nieustannym ruchem.  Moja mała nicość, mój niebyt w tym, co ze wszystkich stron krzyczy jaskrawością i przesytem. Przystań, bezpieczny port, do którego płynę stęskniona z wyprawy w codzienną głębię zajęć i powinności. Wracam tu często, zalana potopem uczuć, przesiąknięta bezowocnym wysiłkiem, umęczona ciężarem oczekiwań i niespełnionych marzeń. To tu oddaję Ci wszystko, Panie... cały mój zgiełk, bałagan wokół, kołowrotek życia pchający mnie naprzód, naprzód i naprzód...
Przeżywając mój codzienny koniec świata, wątpiąc we własne siły, wypompowana bieganiną pośród jazgotu życia, jestem spokojna, bo wiem, że zawsze czekasz na mnie, Panie, w ciszy mojego serca. Tu ustaje rwetes, zwalnia krzątanina, chmurne myśli odchodzą gdzieś, w niebyt. Moja samotność jest balsamem na rany zadane nadmiarem słów, złych spojrzeń, niepotrzebnych gestów. Tu życie nie boli. Tu jestem z Tobą, mój Boże. Tu każde cierpienie, każdy kłopot ma inny wymiar, jakiś słodszy smak. Tu krystalizuje się moja miłość, ogrzana ciepłym powiewem Twojego Ducha.
Wtulona w ciszę odzyskuję siły, nabieram mocy, znajduję wyjście z każdej trudnej sytuacji. Myśli płyną łagodnie, jestem spokojna... Trwam w bezruchu chwili, smakując Twej boskiej cierpliwości i dobroci. Ciężar z którym przyszłam ustępuje, a ja zanurzam się w oceanie  Miłości, obmywam się z resztek złości i niecierpliwości serca.
Oczyszczona świętą samotnością wracam do życia, by rozdawać iskierki Twojego blasku, którym mnie wypełniłeś na dalszą drogę...






wtorek, 31 października 2017

Takie jest niebo...

Takie jest niebo...


Jak ptak wypuszczony z klatki, wyfrunęłam w stronę nieba, zachwycona jego błękitem. Moja dusza niecierpliwa, rozedrgana wypełnia się radością, unosi gdzieś wysoko. Gdzieś, gdzie w ciszy słychać dźwięki anielskich dzwonków. Stąpam niepewnie po niebiańsko miękkich obłokach wdzięczności i dziękczynienia. Stąd już tylko krok do zielonych pastwisk, ukwieconych łąk, pełnych Twojej miłości, mój Boże! Jak tu dobrze, ciepło i bezpiecznie! Oddycham powietrzem wypełnionym Twoja łaską. Poisz moją duszę, napełniasz mnie Sobą, wzmacniasz i dajesz przedsmak nieba. Czekałeś na mnie, Panie z utęsknieniem, aby mnie przeniknąć i ogarnąć w sposób najwspanialszy ze wspaniałych, najintensywniejszy, rozkosznie idealny. Rozpaliłeś we mnie Miłość. Zawładnąłeś mną... Objąłeś czule i opromieniłeś ze wszystkich stron. Wlałeś we mnie świeżą wiarę, hojnie obdarzyłeś zapałem. Uległam posłusznie Twoim Boskim palcom, kształtującym me serce na nowo. Dłoniom, które wyprostowały zastałe w niedawnej niewoli skrzydła duszy. Ucałowałeś mnie i z sercem pełnym żaru wypuściłeś w świat. Lecę, frunę niepewnie, oszołomiona smakiem wolności i prawdy. Twój Duch Miłości tchnie tam, gdzie chce... Podążam naprzód niesiona powiewem Jego woli.

Ucałowałeś me serce tak czule, Panie, tak czule!  Oszalałam, upiększona Twoją miłością, niecierpliwie pragnę już tylko nieba dla wszystkich!

 Otwieram oczy i zdumiona, widzę więcej dobra wokół. W stwardniałych sercach ludzkich, gdzieś, na dnie pochowane, przyprószone pyłami tego świata, małe, jak nasionka gorczycy, połyskują kryształki Twojej Miłości, Boże! Tak, widzę w nich niebo! Pozbieram je wszystkie, odkurzę, przytulę do serca, ogrzeję, a ty Panie, skrop ożywczą rosą swej łaski, by znów mogli kochać Twoją miłością.
 
Pozwalam się unieść pragnieniu serca, miłości intensywnej bez miary, nieskończenie głębokiej, wspaniałej i pięknej. Miłości, w której wszystko się mieści... Taki jest Bóg, kochanie... Takiego Nieba pragnę dla Ciebie.  Otwieram twą klatkę, leć, fruń wysoko!


Z najlepszymi życzeniami  urodzinowymi dla mojego męża,
 wspominając także 15 lat naszej wspólnej małżeńskiej drogi.

środa, 25 października 2017

Pójdź za mną

Pójdź za mną
"Pójdź za mną!"  O nie, nie! Ja? Ja chcę skończyć studia, mieć dobrą pracę, męża, dzieci. "Pójdź za mną!"  Ja? Ja teraz mam rodzinę, wiesz, to tyle obowiązków, tyle zajęć! Życie ucieka tak szybko, ja ledwo je doganiam! Nie, nie mam czasu! "Pójdź za mną!" - wołanie ucichło do szeptu, codzienność skutecznie je zagłuszyła.


Z wielkim zapałem pełniłam rolę żony i matki. Doskonała pani domu, troskliwa i opiekuńcza towarzyszka dziecięcych zabaw - byłam z siebie dumna. Wydawało mi się, że odkryłam sposób na szczęśliwe życie. Do perfekcji opanowałam zarządzanie swoim światem. Każdy dzień zaplanowany tak, że wszystko działało sprawnie, jak w zegarku. Nic nie było w stanie zaburzyć moich planów, nawet spontaniczne decyzje  mojego męża. Zawsze byłam gotowa, poukładana, zadowolona. Każda sekunda mojego życia była dokładnie policzona, dobrze wykorzystana. Często robiłam nawet kilka rzeczy na raz. Ot, cóż to za problem!  To kwestia organizacji! 


W domu czysto i świeżo, dzieci zadbane, dopilnowane, ciepły obiad czeka na męża na stole. Jeszcze tylko prasowanie i zmywanie. Odkurzę jeszcze i sprzątnę wieczorem kuchnię, poczytam Małemu bajeczkę do snu, utulę, pocałuję w czółko i pomyślę o tym, co będzie jutro... Pójdź za mną? Spójrz, Panie, jak dobrze sobie radzę, niepotrzebnie się o mnie tak bardzo martwiłeś. Ja od zawsze pragnęłam być matką i żoną. Widzisz, jak dobrze wybrałam, tu się spełniam! TO jest moje życie! Tak jest mi dobrze!  Czasami tylko czuję, że pragnę wciąż więcej, jakby to, co mam, miało jakiś brak... 
Spełniona, doskonała, zadowolona lecz nienasycona - zasypiałam tak często -  niespokojna, poruszona zagadką luki w szczęściu mojego życia. Każdego ranka pustka w codzienności rozlewała się z coraz większą siłą, zalewała mój doskonały grafik, a ja usilnie wycierałam ją, pytając: o co Ci chodzi, Boże?! Robię wszystko, by było Nam wspaniale!


 Cisza... Cisza tak wielka, że aż przerażająca.  Stoję na ścieżce swojego istnienia w koszmarnej ciszy, pustce i zagubieniu. Jakby ktoś odebrał mi nagle moje supermoce doskonałości i zaradności. W oczy powiał wiatr trosk, drobnostek urastających nagle do trudnych problemów. Serce zgłupiało bijąc dla niewymownej tęsknoty. Chcę więcej! Pragnę! Pragnę czegoś więcej, niż szczęścia wymalowanego po swojemu. Więcej, więcej miłości! ... krzyczę w głuchą ciszę...


"Pójdź za mną!" Cichy szept budzi mnie jakby ze śpiączki, wyciąga z martwej ciszy. Nie słyszę już rozkazu, kusisz Swoim ciepłym spojrzeniem Boże...  Jak mam iść? Zostawić to wszystko, co tak misternie zbudowałam i o co troszczyłam się z taka miłością? Jak? Wyrywasz mi serce, Boże! Patrzę jednak zachłannie w Twoją twarz, ciepło Twojej miłości ogrzewa moją zmarzniętą duszę. Wiem, że nie pójdę już dalej bez Ciebie. „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłam się uwieść” (Jr 20,7)...


Idę więc za Tobą, Panie, wpatrzona w Twoje bezpieczne ramiona. Nasycona blaskiem Twojej miłości i czułości, spełniona. Za Tobą nie znaczy wcale, że nie jest po mojemu. Za Tobą, czyli tylko krok dalej, na wyciągnięcie ręki od niewyobrażalnego, absolutnego szczęścia, pełni, którą Jesteś. Blisko tak, że bliżej już się nie da, bo dalej jesteś już tylko TY.  Idę zachwycona swoim życiem opromienionym Doskonałością, bo to Ty trzymasz je teraz w swoich dłoniach.   Idę... poruszona, zafascynowana światem, którego nie było wcześniej w moim grafiku.  Idę za Tobą zakochana, lekko stąpam po ziemi,  śpiewam Ci psalmy i wiem już, że gdy idziesz przede mną, Panie, już nic mi nie grozi, bo choć tysiąc padnie u mego boku, a dziesięć tysięcy po mojej prawicy, nic złego mnie nie spotka. (Ps 91)
Nie muszę już żyć perfekcyjnie, nie chcę być idealna. Nie żyję już dla siebie... Każdego dnia pytam Cię, Panie, jak bogaty młodzieniec z ewangelii: czego mi jeszcze brakuje?  Co mam czynić?  A TY patrzysz z miłością w moje oczy i odpowiadasz: chcesz być doskonała? Oddaj wszystko, co masz, rozdaj ubogim, a potem idź za mną.  Idę więc, bo wiem, że nie ma lepszego planu dnia, ani pomysłu na moje życie:)  

Idę za Tobą, Panie, rozdaję siebie od rana: w kanapce pełnej miłości, włożonej do szkolnego plecaka, w kawie postawionej przed mężem, osłodzonej wdzięcznością za jego czułość i troskę, w uśmiechu wysłanym ubogim w radość,  w przytuleniu tych, którym brakuje ciepła i czułości. 

Oddałam Ci wszystko, rozdaję siebie. Zamiast pustki i braku mam w sercu radość i spełnienie.  Idę zapatrzona w Ciebie, w towarzystwie Twoich aniołów, którzy mnie strzegą na wszystkich mych drogach. I tak na prawdę już nie ja idę, lecz niosą mnie na rękach ci aniołowie, abym nie uraziła swej nogi o kamień... 
Zabrałeś mi strach i niepokój. Nie myślę już o tym, co będzie jutro. Zasłaniasz przyszłość swoimi ramionami rozpostartymi na krzyżu, czekasz na mnie z otwartym sercem. Wołasz mnie po imieniu, mówisz: córeczko, czekałem...

Dzieci zaraz wrócą ze szkoły, a ja z obiadem w przysłowiowym lesie. Pralka w łazience krzyczy, że pranie już czyste, Mały płacze, że kompot się wylał na dywan. Puka listonosz, dzwoni telefon... Sprawnie liczę sekundy, ustalam co najpierw, co potem.  W słuchawce słyszę głos teściowej: " zrobiłam sporo pierogów, nie chcesz na obiad?" Mąż wcześniej wraca z pracy, jemy pierogi, pranie i dywan  schną w okamgnieniu. Za oknem już smutna i ponura jesień, a nam tak dobrze  z TOBĄ, 
BOŻE w ciepłym domu, wokół rozpalonego kominka...

Tęsknotę  i niedosyt szczęścia wyleczyłam  JEGO obecnością.

środa, 18 października 2017

Blisko tak...

Blisko tak...

"Wiem, że jest więcej... Tęsknię nie tylko ja." Obudziłam się dziś rano ze słowami  piosenki  w głowie. Fisheclectic - "Blisko". 
Pękny, słoneczny dzień za oknem, a w głowie piosenka o tęsknocie za bliskością. Z balkonu w sypialni widzę przed sobą piękne, kolorowe drzewa, kołysane lekkim wiatrem. Nad łąką unosi się jeszcze mgiełka, tajemniczo przykrywająca zeschłe już zioła. Słońce odbija się w pokrytej srebrzystą rosą trawie, jak w zwierciadle. Tyle światła w tym wszystkim, tyle piękna i delikatności! Oddycham tą świeżością poranka, tonę w zachwycie...

Dlaczego tak wielu ludzi jest smutnych? Nie widzą świata? Za czym tęsknią? O czym myślą? Dokąd zmierzają w swoim przygnębieniu?
Od poniedziałku miałam wiele spraw do załatwienia, byłam w wielu miejscach: urzędach, przychodniach, sklepach. Wszędzie przyglądałam się ludzkim twarzom pełnym smutku, niezadowolenia i chłodu. Taki jest świat, takie życie... mówi wielu, na usprawiedliwienie swojego ponurego życia.
Ogromna tęsknota w sercu, wymalowana jest wyraźnie na twarzy zbolałej, choć młodej i pięknej blondynki w recepcji przychodni. Zgaszone piękno. Lekarz automatycznie badający stłuczoną nogę mojego syna. Patrzący w milczeniu na rentgen, wypisujący w milczeniu receptę. Zgaszony zapał... Mężczyzna w poczekalni przysiadł na krześle, usłyszał przed chwilą: "nie mogę panu pomóc..." Zgaszona nadzieja... W urzędzie pracy tłum oczekujących w kolejce osób. Mam 50-ty numerek. Jestem z Małym pośród czterdziestu kilku osób zapatrzonych w ekrany telefonów. Zgaszona wiara w lepsze jutro... Smutek aż przeraża w tym miejscu. Mały podskakuje, biega, ciekawie zagląda w każdy kąt. Podchodzi do ludzi, zaczepia wesołym spojrzeniem. Tylko jeden mężczyzna odpowiedział mu uśmiechem, ale jakby zawstydzony swoją reakcją. Siedzę dwie godziny w dusznej sali, za oknem woła mnie piękny dzień.  I myślę sobie: Boże, wpuść tu trochę światła, zrób coś, przecież jesteś tak blisko, jesteś tu pośród nas!  Rozmawiam z Małym o strażakach, bo ciekawie pyta o gaśnicę i czerwony guzik bezpieczeństwa na ścianie. Za 3 sekundy wyje alarm pożarowy! Wszyscy ludzie patrzą na mnie ze zdziwieniem. Wychodzimy na zewnątrz budynku, tworzą się grupki, jest nieśmiała rozmowa. Słońce rozjaśnia nasze twarze, topi smutek. Radość wybucha spontanicznym śmiechem na wieść, że to tylko przypalone udko w barze na parterze urzędu.
 
Za Tobą, Panie, tęskni każde ludzkie serce! TY jesteś pięknem, zapałem, radością, miłością, WSZYSTKIM!  Nie jesteś zagadką, nie jesteś Bozią w kościele! Jesteś blisko, jesteś wśród nas!  Stoisz tak blisko, patrzę z zachwytem w Twoją twarz.

Co z tym smutkiem, mój Boże? Co z tęsknotą tych wszystkich zgaszonych serc, pytam? A Ty śpiewasz mi w głowie słodkim głosem: "Blisko tak... nie jak w zagadce, nie jak w zwierciadle, lecz twarzą w twarz!"  Świat jest  tak pełny Ciebie, a jednocześnie wołający rozpaczliwym krzykiem samotności człowieka... a wystarczy podnieść wzrok i chcieć być blisko.
Może jeszcze nie rozumiesz Boga, nie wiesz o co w tym całym życiu chodzi, nie wiesz co robić w szalonym pędzącym świecie... Próbowałeś już wszystkiego, byłeś już wszędzie, dałeś z siebie tak dużo a wciąż jest Ci mało? Wciąż gonisz za szczęściem, a ono ucieka... Nie masz na nic czasu!
 Jesteś w tym wszystkim BLISKO? Blisko słońca, jesieni? Dotykasz żółtych liści, zbierasz kasztany? Oglądasz twarze ludzi, widzisz jakie są? Wiesz jak wygląda Twoje serce? Jesteś z nim blisko?  Przytulasz je czule? Przytulasz ludzi? Uśmiech, spojrzenie... rozgrzewają jak czuły dotyk...

"W porannym powiewie poczuję zapach Twój, usłyszę Twój szelest, utonę w zachwycie na widok Twój. W naszym ogrodzie będziemy przechadzać się... Blisko tak..."   Bóg jest tak blisko. Urządź sobie ogród w swojej duszy, spaceruj w nim często, nie bój się  tam samotności i tęsknoty, bo  to one prowadzą w ramiona TEGO, Który przytula najczulej. Poznasz Go, na pewno...  

Smutek życia leczy się bliskością.






środa, 4 października 2017

Matka - Makatka

Matka - Makatka




Prawda dogania mnie każdego dnia.

Okoliczności ostatnich dni znowu posadziły mnie na kanapie. Z Małym. Chore, marudne dziecko, nie pozwoliło mi nawet na chwilę oddalić się od niego, tuliło się, zmęczone siedząc na kolanach cały dzień. Wychodziłam z domu po wytchnienie, kiedy drzemał spokojnie w popołudniowej porze. Odpoczynkiem jest dla mnie różaniec. Tak, chodzę codziennie ze starszymi dziećmi do kościoła. Dziś miałam nawet taki pomysł, żeby napisać jakieś swoje, matczyne rozważania tajemnic różańcowych, ale siedząc z Małym na kanapie, czytając mu książeczkę, przyszedł mi do głowy inny temat.

Czy masz taką chwilę, w której siedzisz bezczynnie i obserwujesz otaczający cię  wokół świat? Patrzysz i do spostrzeżeń przychodzą nagle przemyślenia, pojawia się jakaś głębia chwili... Wypłynęłam na nią właśnie dziś, siedząc z moją małą, słodką i chorą miłością na kolanach. Strasznie mi było dobrze. Taka chwila wypełniona spełnieniem. Kiedyś nie miałam na to czasu. Nie siedziałam, nie myślałam, nie obserwowałam. Ja, matka - Polka, męczennica dnia codziennego i nadmiaru obowiązków, nie miałam na nic czasu! Nawet na okazywanie dzieciom czułości w chorobie. Obiad, pranie, sprzątanie, zabieganie... Opieka w chorobie była kolejnym obowiązkiem, który starałam się solidnie wypełnić, jakoś przetrwać ten czas. Myślę, że wszyscy gdzieś uciekamy w obowiązki, zapominając trochę o tym, że powinny im towarzyszyć także uczucia. W pośpiechu codzienności zaniedbujemy uczucia, bo trzeba je okazywać, a to zajmuje trochę czasu...
Dziś znam już trochę inny, lepszy sposób na moje życie. Zabieganie zwolniłam do tempa, w którym widać prawdę. Dostrzegłam nagle zaniedbane potrzeby innych, ich oczekiwania i tęsknoty, które zauważone i spełnione wzajemnie, zaczęły budować piękniejsze życie i prawdziwą miłość i bliskość. Jeszcze niedawno byłam zapędzoną, nadaktywną matką, próbującą być doskonałą w tym swoim matkowaniu i "żonowaniu". Wszystko zmieniło się, kiedy ze swojego życia wykreśliłam na zawsze jedno słowo: zapędzona. Wiem, że jest ono moim wrogiem, który kradł szczęście i spełnienie. Dlaczego? Bo zapędzona i zabiegana nie dostrzegałam wielu rzeczy. Chwile najbardziej potrzebujące uwagi przelatywały mi w szalonym tempie przed oczami i znikały szybko w bezkresnym oceanie niecierpiących zwłoki spraw. Moje życie było rwącym potokiem, który podmywał spokojne brzegi mojej rodziny. Chaos i tempo życia przewróciły mnie na lewą stronę, wywirowały, jak pralka nastawione w niej pranie. Stałam się odwirowaną z najpiękniejszych uczuć i chwil, pogniecioną tempem życia matką - makatką, która zwątpiła w swoje wewnętrzne piękno.

Siedząc na kanapie z Małym przy boku, robię czapkę na drutach. Tak, mam czas na takie rzeczy! Wyrzuciłam za drzwi zabieganie. Mam czas na robienie pięknych makatek, serwetek, czapek, szalików, koszyczków i wielu innych rzeczy, które swym pięknem karmią oczy pełne miłości. Uwielbiam te swoje ręczne robótki, bo są to czynności, które mogę  wykonywać jednocześnie z innymi. Mogę przy nich rozmawiać z bliskimi, być przy nich, słuchać ich, towarzyszyć dzieciom w odrabianiu lekcji, czy mężowi w wieczornym odpoczynku przy jego ulubionym filmie. I mogę być dobrą żoną i matką. Prawdziwą, która odnalazła na wszystko czas...
Długo zastanawiałam się, jak i gdzie szukać zgubionych momentów i chwil. Jak  zorganizować życie, by czasu było więcej. Odpowiedź dał mi różaniec :) Cudowna modlitwa, która wymaga  właśnie odnalezienia czasu... Zmęczona tempem życia i bezsilna sięgnęłam po piękny, bursztynowy różaniec, który dostałam kiedyś od męża. Początki były trudne, nieudolne. Później szło mi lepiej, bo modliłam się obierając ziemniaki, odkurzając i prasując. Odkryłam, że jest tak wiele czynności, które można wykonywać jednocześnie! Później modlitwa ta tak weszła mi w nawyk, że nawet nie wiem kiedy, zakochałam się w niej, a ona pokazała mi gdzie jest mój zgubiony czas... Na dodatek zaczęłam lubić wszystkie nudne domowe czynności. Przyszło też większe pragnienie modlitwy, ciszy i miłości. Zaczęłam rezygnować z rzeczy, które okazały się być do niczego nie potrzebne, przestałam robić wszystko na siłę, ograniczyłam życie do swoich pragnień, bez zadowalania publiczności.
Dziś mam czas, żeby tulić dziecko w chorobie, czytać mu książeczki i śpiewać. Nie oglądam telewizji, nie biegam po wyprzedażach w markowych sklepach, nie wożę dzieci na tysiące zajęć dodatkowych. Już nie płynę z prądem...

Papież Franciszek mówił do młodzieży, żeby zeszła z kanap. Ja mówię dziś do Was, drodzy zabiegani rodzice: jeśli Wasze życie nabrało zbyt dużego tempa, jeśli dopadła Was życiowa gorączka, to usiądźcie na kanapie. Usiądźcie i popatrzcie na to, co dla was najważniejsze. Pomyślcie z kubkiem gorącej herbaty w ręku o tych, których kochacie, popatrzcie na nich, posłuchajcie i pobądźcie z nimi, ze sobą...

Tu na kanapie dogania  człowieka prawda, która czasem bardzo zaboli. Trzeba wtedy otulić się cierpliwością i przeczekać ten czas, jak jesienne przeziębienie. Gorączkę życia trzeba przebyć nawet na leżąco, pod grubą kołdrą Bożej Miłości. Zdrowe serce kocha mocniej, widzi więcej, czuje piękniej...

Moją gorączkę życia ostudził różaniec... Pomógł odnaleźć czas i nauczył kochać. Życzę i wam tego samego na czas październikowej słoty.

P.S. Gdyby ktoś poczuł, że przeziębienie nie przechodzi, to służę lekarstwem:) Mam także czas na to, by z zarzuconych kiedyś na strychu koralików, robić małe różańce, które zmieścisz w dłoni i zabierzesz ze sobą wszędzie, tak dla wzmocnienia swojej  duchowej odporności ;)


 
 




środa, 27 września 2017

Puzzle życia

Puzzle życia



Wczoraj miałam urodziny. W południe udałam się do fotografa, na małą sesję zdjęciową. Super! Tylko  jakoś nie tego dnia... Uśmiech przychodził mi z trudem, wydawał się sztuczny, policzki bolały od wysilania się w  wyrazie zadowolenia. Nie chodzi mi o to, że nie byłam ucieszona pomysłem na zdjęcia, po prostu od jakiegoś czasu noszę w sobie dziwny, wewnętrzny smutek. Mimo, że w życiu na prawdę nie mam na co narzekać, że idę do przodu, mając wizję prostowania swojej drogi, z jasnym planem na przyszłość, gdzieś w sercu noszę jakąś posępność, coś co mnie zasmuca i boli. Mimo życia, w którym wszystko zaczyna się rozjaśniać i daje spełnienie i zadowolenie, jest coś, czego brakuje. Znacie to uczucie, kiedy układając puzzle zostaje ostatni kawałek, wkładacie go we właściwe miejsce i mówicie: łał! zadowoleni z efektu swojej pracy i zachwyceni obrazem, który ujrzeliście? Ja czuję się, jakbym ciągle wkładała kawałek nie od tej układanki... Niby pasuje kształtem, ale to nie ten... Mimo zadowolenia z całego mojego wysiłku układania pojedynczych dni w całość mojego życia, boleśnie odczuwam jakiś niedosyt, brak, niecierpliwość. Może to jesień tak działa? A może to jakaś tajemnica, której bez pomocy Najwyższego sama nie odgadnę...

Szłam główną ulicą miasta, wracając z sesji. Głowę miałam zaprzątniętą myślami, w sercu niosłam melancholię i jakieś udręczenie brakiem odpowiedzi na pytania duszy. Słońce świeciło przyjemnie, a jesień przypomniała o sobie babim latem, które poczułam na swoim policzku.  Ktoś złapał mnie za rękę, mówiąc przez łzy: "Przepraszam, nie ma pani na chleb?" Ja z  pajęczyną na policzku, ona ze łzą cierpienia. Starsza pani, nawet schludnie, choć staromodnie ubrana... bezdomna. Ja w moim pięknym białym płaszczyku, ona w płaszczu pamiętającym moje dzieciństwo. Ja z niedosytem duszy, ona z niedosytem ciała... Stałam tak przez chwilę, patrząc w jej smutne, załzawione oczy, nad nami świeciło to samo jesienne słońce. Boleśnie zapiekło coś w sercu... Zakleiłam ten żal opatrunkiem z napisem bądź dobra jak chleb... 

Szłam główną ulicą miasta, wracając z sesji...  Smutek duszy wyleczyłam miłością.

niedziela, 17 września 2017

Wyzwanie - PRAWDA

Wyzwanie - PRAWDA





Prawda zdejmuje ludziom maski z twarzy. Prawda ujawnia piękno, wyzwala...

Chodzimy różnymi ścieżkami. Dokonujemy wyborów, podejmujemy decyzje budujące drogę, którą kroczymy przez życie.  Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego moja droga zamiast być prostą, szeroką i elegancką promenadą, jest wąską ścieżyną wiodącą przez trudny do pokonania teren. Wiele zakrętów, serpentyn, stromizn... Często miałam wrażenie, że taka droga zaraz się skończy jakąś przepaścią, bo nie widziałam, co kryje się za kolejnym życiowym zakrętem. Skoro tak wiele tych wiraży, pomyślałam, to znak, że idę pod górę, bez widocznego celu, przez ciemne zakamarki pełne zarośli i krzaków, przez które trzeba się sprytnie przeciskać, idąc dalej, poraniona często cierniami, podrapana  gałęziami i zmęczona... O tak, zmęczenie daje w kość! Wtedy najłatwiej zrezygnować z życiowego marszu. Ilu z nas wybiera wtedy rezygnację, wraca na życiową kanapę, przykrywa się ciepłym kocykiem i siada przed ekranem telewizora czy monitorem komputera? Wielu! Popatrz na świat wokół Ciebie... Oczy wpatrzone w miliony monitorów, serca karmione iluzją, kłamstwem. Sztuczne, miłe ciepełko. Wygoda i luksus. 

Wielu z nas siedzi, ja wciąż idę... Siedzę  teraz właściwie na małej polanie. Odpoczywam po przedzieraniu się przez życiowe chaszcze, opatruję mniejsze i większe skaleczenia. Odzyskuję oddech. Ciepło mi tu i dobrze... Na mojej polanie świeci Słońce. I przyszło mi do głowy, że musi istnieć taka życiowa ścieżka, która, choć wiedzie pod górę, to jest widna, prosta i bezpieczna. Taka, po której idąc, choćby nocą, będę widziała jasną gwiazdę, wskazującą drogę... Jest taka droga. To droga prawdy i uczciwości.



Rozmawiałam ostatnio z kimś o takiej drodze. Podobno wcale się nie opłaca. Idąc nią, doskonale cię widać, nie możesz założyć wygodnej maski, udawać ani kłamać. Jak zdejmiesz swój kamuflaż, to zawsze skopią ci tyłek, bo taki jest świat, takie jest życie... Czy na pewno? Warto, czy nie warto?



Ruszam dziś w drogę. Wybrałam tą, po której się podobno iść nie opłaca. A jeśli? Jeśli Adam i Ewa byliby uczciwi, nie skończyliby zawstydzeni w krzakach, przestraszeni, zalęknieni i niepewni. Ja wierzę mocno w to, że na końcu mojego wędrowania znajdę swoją rajską oazę. Jeśli Bóg jest Światłością, to niemożliwe jest, by idąc tą drogą wpaść w przepaść, której nie będzie wcześniej wyraźnie  widać. Jeśli Bóg jest Drogą i Prawdą, to wybieram ten szlak, by znaleźć Życie. Prawdziwe życie. Z pięknymi widokami.

Podjęłam  wczoraj wyzwanie. Przez najbliższy rok będę żyła w prawdzie, uczciwie - bez kłamstwa, kombinowania i oszukiwania siebie i innych, bez maski i kamuflażu.  Czy tak się da? Czy jest to możliwe? Chcę sprawdzić, czy w dzisiejszym świecie prawda faktycznie się nie opłaca.

Rzucam to wyzwanie Wam wszystkim. Nikogo nie nominuję. Zbieram chętnych. Masz tyle odwagi by zrobić to ze mną? Jeśli tak, napisz mi w komentarzu "idę", razem będzie nam raźniej. Jeśli chcesz mi  pomóc, wesprzyj mnie, proszę, modlitwą. A jeśli jesteś ciekawy, jak mi idzie, odwiedzaj mój blog, który będzie przez najbliższy czas notesem z podróży. Za rok odpowiem Wam i sobie na pytanie, jak czuje się człowiek, który żyje w PRAWDZIE.  Życzcie mi odwagi, siły i powodzenia. Możecie udostępniać moje wyzwanie, może gdzieś na świecie  jest choć jedno serce, które tak jak ja pragnie żyć prawdziwie.

Najbardziej cieszę się z tego, że ruszam z Panem Bogiem w sercu, spokojna, że On mnie strzeże, czuwa nade mną i jest moim cieniem...
Jeśli ktoś myśli, że będzie to dla mnie łatwe zadanie, to jest w wielkim błędzie. Wiem, że moje życie czeka wielka rewolucja. WIELKA! 



Photo by Chad Madden on Unsplash



Copyright © 2016 Babskie Skarby , Blogger