wtorek, 16 stycznia 2018

Cisza

Cisza


Zapada wieczór. Zimny, styczniowy dzień gaśnie powoli, mrok pokrywa zakamarki pokoju, w którym jestem. Dzieci hałaśliwie cieszą się wolnym czasem ferii tuż za ścianą. We mnie cisza. Mimo mnóstwa zajęć, które nieustannie organizuje mi życie, mam  dziś w sobie jakieś  nowe,tajemnicze milczenie duszy. Pojedyncze myśli krążą bez konkretnego celu, szukają dogodnego miejsca, łagodnie przemykają to tu, to tam. Dziwnie mi z tą cichością, jeszcze się do niej nie przyzwyczaiłam. Wstaję, ze względu na ferie, trochę później niż zwykle, niespiesznie szykuję śniadanie, wolniejszy rytm dnia cieszy, jednak bezdźwięk wewnątrz mnie dziwnie niepokoi, wyostrza czujność. Znam przecież swoją ciszę. Lubię się w niej zatapiać, zanurzać i trwać. Serce wychodzi wtedy na spotkanie z Miłością, znajduję bliskość, wytchnienie po trudach codzienności. Mój świat zatrzymuje się na chwilę, bym mogła nabrać sił. Dzisiejsza cisza jest inna, bardziej styczniowa, chłodna, głucha i jakaś niewygodna. Nie chce odejść, otacza nieustępliwie, słucha w milczeniu treści książki, którą czytam z kubkiem herbaty w dłoni.  Snuje wokół mnie cienką nić, tka niewidzialny kokon, w którym mnie zamyka. Trwam w bezruchu, zawieszona gdzieś, pośród domowego gwaru.
 Zamykam oczy, przeciągam się, próbując oswobodzić się z uścisku nowego doświadczenia. Wyfruwam na wolność z lekkością motyla, rozwijam kolorowe skrzydła. Unoszę się nad pachnącą łąką pełną kwiatów. Dobrze mi, tak ciepło i przyjemnie. Jasne światło nęci, by pofrunąć wyżej, dalej... ponad dotąd znaną ciszę, harmonię duszy, w nieznane...
Opadam lekko, nasycona pięknem, otulona ciepłem. Niepewność opatrzył słodki spokój.

Nowy rok, nowe horyzonty, nowa cisza, porywająca naprzód.
Rozwiń me skrzydła, Panie! Unieś wysoko tchnieniem miłości. Porwij ponad przeciętność, tam gdzie dusza zazna radości, upoi się Twą słodką obecnością... Prowadź tam, gdzie wiara nie ma granic...

poniedziałek, 25 grudnia 2017

Lili, lili, laj...

Lili, lili, laj...
Siedząc dziś przy świątecznym stole z bliskimi, myślałam o tym, jak wyglądałby ten czas, gdyby zamiast stołu pełnego jedzenia, na środku pokoju stanął żłóbek z maleńkim Jezusem. Bóg pośród nas. Miłość wypełniająca wszystko wokół, ciepło i niewinność...
Jako matka czwórki dzieci z trudem powstrzymałam wzruszenie. Przed oczami miałam od razu pierwsze chwile z każdym moim maleństwem w ramionach. Matczyny zachwyt , ojcowska troska i skarb najcenniejszy, owinięty w pieluszki, kwilący cichutko... Zakochanie od pierwszego wejrzenia, morze uwolnionej z serca czułości, delikatności, subtelny zapach niezapomnianej chwili. Bliskość tak inna od każdej, znanej dotąd. Pieszczotliwe westchnienia wypełnione wzruszeniem duszy. Ciche sam na sam w objęciach niezmierzonej tkliwości, rozczulenie, uwielbienie... Żaden najdrobniejszy gest, żadna minka maleństwa, nie umknęła wtedy naszej uwadze. Przedziwna koncentracja miłości na jednej, maleńkiej osóbce tulonej w ramionach. Łzy szczęścia, cicho szeptane słowa, fascynacja... Za każdym razem, kiedy na świat przychodziło nasze kolejne dziecko, myślałam, że tak wygląda pełnia szczęścia i miłości.
Dziś, myśląc o maleńkim Jezusie w żłóbku, poczułam, że jest coś więcej, niż szczęście z moich wspomnień, bo On jest Miłością doskonałą.  Dotarło do mnie, że otwierając się na Boga, chcąc Jego obecności całym sercem, świat wokół nagle diametralnie się zmienia. ON przychodzi naprawdę. Jest prawdziwie, tu i teraz.W Jego obecności wszystko staje się niezmierzalne, wypowiedzianym słowom nagle brakuje mocy, uczucia nabierają niespotykanej głębi, brakuje łez, by wylać z siebie ogrom wzruszenia, zachwyt staje się uniesieniem pełnym żaru, płonącym ogniem niespotykanej namiętności.
Wielka to tajemnica... Bóg - Człowiek pośród nas. Maleńki i bezbronny, a jednocześnie tak wielki i mocny. Jasność w ciemnościach naszego życia, światło rozpraszające mrok.

Podchodzę do żłóbka, drogi Jezu... Nieśmiało i delikatnie biorę Cię dziś w ramiona. Rozpływam się w zachwycie, wzruszona, cicho śpiewam lili, lili laj... Dotykasz mego serca, Panie, swoją maleńką rączką, poruszasz je do głębi, olśniewasz i oszałamiasz bez reszty.
Lulajże, Jezuniu, moja perełko...

wtorek, 12 grudnia 2017

Laboratorium ciepła

Laboratorium ciepła

Bardzo lubię przedświąteczny czas. Adwent jest dla mnie pełen ciepła i światła, mimo,że za oknami zimny grudzień. Zanurzam się, w jakiś szczególnie przyjemny  dla mnie sposób, w szarym trudzie, jak Maryja wyczekuję narodzenia Miłości.

Patrzę na nieposprzątany dom, myślę o porządkach w garderobie, kilometrach nieumytych okien i nieupranych firanek. Kalkuluję, planuję, obmyślam plan... Siadam na chwilę z ciepłą herbatą w ręku i tak sobie myślę, że kocham ten mój dom w nieładzie. Jest w nim tyle życia. Z każdego kąta wygląda jakaś piękna chwila. Stół przede mną wygląda strasznie dla kogoś, kto nie siedział przy nim przez ostatnie tygodnie. Dla mnie jest wspomnieniem radości, która towarzyszyła przy malowaniu setek pierników. Do teraz ozdobiony jest śladami kolorowego lukru. Tu i tam błyszczy brokat, który nie pozwala zapomnieć ozdabiania bombek, które co roku malujemy z dziećmi. Resztki kleju i plamy z farb śmieją się wesoło, przede mną na podłodze kilka koralików, które odpadły z plecionych z papieru choinek. Dopijam herbatę i szoruję stół. Zdejmuję firanki i z lekkim zdziwieniem czuję w nich zapach siana. Niedawno szykowaliśmy w naszym domu kiermasz świąteczny dla naszej parafii. Niezapomniany czas spotkań, miły gwar, pracowite ręce wielu osób, które chciały pomóc innym. Grupka dzieci pakowała sianko na wigilijny stół. Jeszcze nigdy nie miałam w domu tak uroczego bałaganu. Źdźbła trawy leżały dosłownie wszędzie, nad nami unosił się zapach stajenki. Oczy dzieciaków błyszczały radością. Salon i kuchnia zamieniły się w fabrykę choinek, stroików, bombek i aniołków. Zaraz potem stały się domową wytwórnią lukru piernikowego, który ozdobił słodkie, piernikowe, cudne chatki. Magiczny czas. Tym pachnie mi właśnie adwent. Dla mnie to czas otwartych drzwi mojego domu, spotkań i rozmów do rana,  pracy ofiarowanej dla innych, potrzebujących wsparcia. Czas wspólnoty serc, chwil, bycia ze sobą, zaangażowania we wrażliwość, którą tak często ostatnio chowamy w kąt. To właśnie ta wrażliwość serc zamieniła mój dom w laboratorium talentów. Rozłożyła tu wielu na czynniki pierwsze, tworząc związki trwałej przyjaźni, więzi pachnące dobrem, ogniwa miłości. Jak tu teraz posprzątać? Może otworzę drzwi jeszcze szerzej, by wpadło nowe, świeże powietrze, pełne pomysłów na Boże Narodzenie.

Nie chcę biec teraz z tłumem po świąteczne zakupy. Nie chcę wpaść w szalony wir sprzątania i nerwowych przygotowań świątecznych. Chcę być mamą zanurzoną w codzienności tego, co ważne. Nie wyobrażam sobie moich dzieci bez iskierek radości w oczach, kiedy zapalają roratni lampion, bez uśmiechu i ekscytacji maleńkim płomykiem świecy. Marzę o tym żeby Światło rozpraszające mrok było dla nich ważniejsze, niż kolorowe iluminacje świąteczne w marketach.  Chcę być żoną, która bardziej niż o siebie, dba o to, by mąż był ogrzany domowym ciepłem, bijącym od rodzinnego ogniska.

Może mój dom nie będzie w tym roku wysprzątany na wysoki połysk... Może lepiej, żeby pozostał skromną stajenką z szeroko otwartymi drzwiami, pachnącą trzódką, w której zabłyśnie najjaśniejsze światło Bożej, nowonarodzonej Miłości.

środa, 29 listopada 2017

Bieda miłości

Bieda miłości


Jesienna, listopadowa słota sprawia, że ludzie kulą się w sobie, chowają w zakamarkach ciepłych domów. Puchaty koc i szklanka gorącej herbaty to najlepsi przyjaciele na takie dni. Czas jakby zwalnia, długie wieczory wkładają nam w ręce dobrą książkę, robótkę, układają na wygodnej kanapie z nowymi odcinkami ulubionego serialu.  Wybiegamy z domu załatwiać tylko to, co najpotrzebniejsze, wracamy z pośpiechem do ciepła naszych domów. Wielu z nas myśli już o grudniowym, świąteczno - mikołajkowym klimacie. Planujemy świąteczne zakupy, prezenty. W telewizji cudny, sielankowy obraz naszych marzeń, odbijający się błyskotliwie w reklamowych filmach. Śpiewają nam anielskim głosem znanej piosenkarki świąteczną piosenkę, obiecują w promocji  miliony potrzebnych rzeczy, niezbędnych i natychmiast koniecznych nam do szczęścia. A my, skuleni pod puchatym pledzikiem naszej ciepłej wygody, łykamy słodkie tabletki marketingowej zachęty, które wzmagają nasz apetyt na więcej i lepiej. Zasługujemy przecież na ten blask, na piękne i wygodne życie w luksusie. Potrzeba nam tego ciepełka, bo listopad byłby nie do zniesienia z jego chlapą i szarugą. 
A ja? Odkąd jestem z Tobą, Panie, tak świadomie i blisko, kocham smutny listopad. Kocham każdy jego dzień. Poranki są ciemne, prawie tak bardzo jak noc. Tak ciche i przepełnione Twoją obecnością. Poranne zakupy pachną już zbliżającym się adwentem. Cisza ma woń mroźnego, ostrego powietrza, swoim chłodem dociera w głąb mojego serca, które tak mocno powiększasz, Boże, każdego dnia. Nie jestem skulona, Panie. Twoja łaska sprawia, że jest mnie nawet jakby za dużo, bo pragnę rozdać się cała, ulżyć sercu, podarować dziwny nadmiar nieznanej mi dotąd odmiany miłości.Uczucia, które nie pozwala żyć dla własnej wygody, w ułudzie i kłamstwie lukrowanego świata promowanego przez media. 
Oprócz serca, dotknąłeś moich oczu, poprawiłeś  mój wzrok, Panie, choć okulary są mi nadal potrzebne.  Widzę stokrotnie więcej, dostrzegam ukryte piękno nawet w brzydocie ukrywanej gdzieś, w kątach świata, spychanej na margines, pomalowanej niewidzialną farbą obojętności "nowoczesnych" ludzi ze świata, gdzie trzeba być trendy. Widzę biedę tych, którzy uważają się za coraz lepszych, piękniejszych i nieskazitelnie doskonałych.  Zauważam ich głupotę, powierzchowność i ułudę lakierowanego, pełnego sztucznego blasku życia. Dostrzegam też malutkie płomyki nadziei w sercach tych, którzy żyją w krzakach, na ulicach, zepchniętych na margines, niepasujących nigdzie elementów wspaniałej układanki życia. Moje serce napełniłeś, Boże, niezwykłą wrażliwością, która tworzy teraz przede mną zupełnie nowe obrazy, wymalowane prawdą i miłością. 
Jeden świat, jeden listopad, miliony ludzi wokół mnie... Jedni szukają swojego szczęścia w brokatowym obrazku świata wypełnionego blaskiem zakamuflowanej ułudy, drudzy nieśmiało chowają okruchy swojego życia pod "namiotami" z plandeki, śmierdzącymi kożuchami, nosząc w reklamówkach cały swój dobytek, cały dom, a w nim przeszłość i nadzieję na przyszłość.  Jedni i drudzy pogubieni, krzyczący brakiem miłości...

Dziękuję Ci, Boże, za moją wrażliwość serca. Jestem Ci wdzięczna, że pokazałeś mi, że nie jest ona powodem do wstydu, do ukrywania się z nią w  świecie. Naucz mnie, Panie, krzyczeć tą właśnie wrażliwością,  by otworzyć serca tych, którzy pozamykali je dla Ciebie. 

Jeśli Twoje serce jest wrażliwe i otwarte, zapraszam Cię do wsparcia akcji, do której koordynacji zostałam zaproszona: Przyjaciele Bezdomnych - zaadoptuj Bezdomnego. Inicjatywa ma przede wszystkim na celu otoczenie modlitwą tych, którzy mieszkają na ulicy. Chcemy obudzić nią w ich sercach pragnienie powrotu do normalnego, dobrego życia.  Jedna dziesiątka różańca raz w tygodniu może rozniecić nadzieję, pobudzić do działania, sprawić, że życie bezdomnego przestanie być ciągłym, szarym i smutnym listopadem.
Zapraszam po szczegóły na naszego facebook'a: @PrzyjacieleBezdomnych Możesz także napisać wiadomość e-mail na adres przyjacielebezdomnych@gmail.com

 Stwórz duchowy dom dla bezdomnego. 
"Przemiana życia od modlitwy się zaczyna" (św.Brat Albert).
 Dzięki Tobie jeden samotny człowiek może otrzymać odrobinę miłości...




czwartek, 16 listopada 2017

Bezpieczny port

Bezpieczny port



Otulam się moją świętą samotnością, jak ciepłym kocem. Zmarznięta lgnę w nią głęboko, głębiej, dalej. Staję się ciszą, bezruchem. Wchodzę w rozgrzewający duszę spokój. Tak mi tu dobrze, tak błogo i słodko. I choćby wokół szalała burza, świat pędził na oślep donikąd, wiem, że tu jestem bezpieczna, że tu należę cała do Ciebie, Boże!
W świętej samotności serca nie ma zgiełku, choć wokół toczy się życie wypełnione gwarem i nieustannym ruchem.  Moja mała nicość, mój niebyt w tym, co ze wszystkich stron krzyczy jaskrawością i przesytem. Przystań, bezpieczny port, do którego płynę stęskniona z wyprawy w codzienną głębię zajęć i powinności. Wracam tu często, zalana potopem uczuć, przesiąknięta bezowocnym wysiłkiem, umęczona ciężarem oczekiwań i niespełnionych marzeń. To tu oddaję Ci wszystko, Panie... cały mój zgiełk, bałagan wokół, kołowrotek życia pchający mnie naprzód, naprzód i naprzód...
Przeżywając mój codzienny koniec świata, wątpiąc we własne siły, wypompowana bieganiną pośród jazgotu życia, jestem spokojna, bo wiem, że zawsze czekasz na mnie, Panie, w ciszy mojego serca. Tu ustaje rwetes, zwalnia krzątanina, chmurne myśli odchodzą gdzieś, w niebyt. Moja samotność jest balsamem na rany zadane nadmiarem słów, złych spojrzeń, niepotrzebnych gestów. Tu życie nie boli. Tu jestem z Tobą, mój Boże. Tu każde cierpienie, każdy kłopot ma inny wymiar, jakiś słodszy smak. Tu krystalizuje się moja miłość, ogrzana ciepłym powiewem Twojego Ducha.
Wtulona w ciszę odzyskuję siły, nabieram mocy, znajduję wyjście z każdej trudnej sytuacji. Myśli płyną łagodnie, jestem spokojna... Trwam w bezruchu chwili, smakując Twej boskiej cierpliwości i dobroci. Ciężar z którym przyszłam ustępuje, a ja zanurzam się w oceanie  Miłości, obmywam się z resztek złości i niecierpliwości serca.
Oczyszczona świętą samotnością wracam do życia, by rozdawać iskierki Twojego blasku, którym mnie wypełniłeś na dalszą drogę...






wtorek, 31 października 2017

Takie jest niebo...

Takie jest niebo...


Jak ptak wypuszczony z klatki, wyfrunęłam w stronę nieba, zachwycona jego błękitem. Moja dusza niecierpliwa, rozedrgana wypełnia się radością, unosi gdzieś wysoko. Gdzieś, gdzie w ciszy słychać dźwięki anielskich dzwonków. Stąpam niepewnie po niebiańsko miękkich obłokach wdzięczności i dziękczynienia. Stąd już tylko krok do zielonych pastwisk, ukwieconych łąk, pełnych Twojej miłości, mój Boże! Jak tu dobrze, ciepło i bezpiecznie! Oddycham powietrzem wypełnionym Twoja łaską. Poisz moją duszę, napełniasz mnie Sobą, wzmacniasz i dajesz przedsmak nieba. Czekałeś na mnie, Panie z utęsknieniem, aby mnie przeniknąć i ogarnąć w sposób najwspanialszy ze wspaniałych, najintensywniejszy, rozkosznie idealny. Rozpaliłeś we mnie Miłość. Zawładnąłeś mną... Objąłeś czule i opromieniłeś ze wszystkich stron. Wlałeś we mnie świeżą wiarę, hojnie obdarzyłeś zapałem. Uległam posłusznie Twoim Boskim palcom, kształtującym me serce na nowo. Dłoniom, które wyprostowały zastałe w niedawnej niewoli skrzydła duszy. Ucałowałeś mnie i z sercem pełnym żaru wypuściłeś w świat. Lecę, frunę niepewnie, oszołomiona smakiem wolności i prawdy. Twój Duch Miłości tchnie tam, gdzie chce... Podążam naprzód niesiona powiewem Jego woli.

Ucałowałeś me serce tak czule, Panie, tak czule!  Oszalałam, upiększona Twoją miłością, niecierpliwie pragnę już tylko nieba dla wszystkich!

 Otwieram oczy i zdumiona, widzę więcej dobra wokół. W stwardniałych sercach ludzkich, gdzieś, na dnie pochowane, przyprószone pyłami tego świata, małe, jak nasionka gorczycy, połyskują kryształki Twojej Miłości, Boże! Tak, widzę w nich niebo! Pozbieram je wszystkie, odkurzę, przytulę do serca, ogrzeję, a ty Panie, skrop ożywczą rosą swej łaski, by znów mogli kochać Twoją miłością.
 
Pozwalam się unieść pragnieniu serca, miłości intensywnej bez miary, nieskończenie głębokiej, wspaniałej i pięknej. Miłości, w której wszystko się mieści... Taki jest Bóg, kochanie... Takiego Nieba pragnę dla Ciebie.  Otwieram twą klatkę, leć, fruń wysoko!


Z najlepszymi życzeniami  urodzinowymi dla mojego męża,
 wspominając także 15 lat naszej wspólnej małżeńskiej drogi.

środa, 25 października 2017

Pójdź za mną

Pójdź za mną
"Pójdź za mną!"  O nie, nie! Ja? Ja chcę skończyć studia, mieć dobrą pracę, męża, dzieci. "Pójdź za mną!"  Ja? Ja teraz mam rodzinę, wiesz, to tyle obowiązków, tyle zajęć! Życie ucieka tak szybko, ja ledwo je doganiam! Nie, nie mam czasu! "Pójdź za mną!" - wołanie ucichło do szeptu, codzienność skutecznie je zagłuszyła.


Z wielkim zapałem pełniłam rolę żony i matki. Doskonała pani domu, troskliwa i opiekuńcza towarzyszka dziecięcych zabaw - byłam z siebie dumna. Wydawało mi się, że odkryłam sposób na szczęśliwe życie. Do perfekcji opanowałam zarządzanie swoim światem. Każdy dzień zaplanowany tak, że wszystko działało sprawnie, jak w zegarku. Nic nie było w stanie zaburzyć moich planów, nawet spontaniczne decyzje  mojego męża. Zawsze byłam gotowa, poukładana, zadowolona. Każda sekunda mojego życia była dokładnie policzona, dobrze wykorzystana. Często robiłam nawet kilka rzeczy na raz. Ot, cóż to za problem!  To kwestia organizacji! 


W domu czysto i świeżo, dzieci zadbane, dopilnowane, ciepły obiad czeka na męża na stole. Jeszcze tylko prasowanie i zmywanie. Odkurzę jeszcze i sprzątnę wieczorem kuchnię, poczytam Małemu bajeczkę do snu, utulę, pocałuję w czółko i pomyślę o tym, co będzie jutro... Pójdź za mną? Spójrz, Panie, jak dobrze sobie radzę, niepotrzebnie się o mnie tak bardzo martwiłeś. Ja od zawsze pragnęłam być matką i żoną. Widzisz, jak dobrze wybrałam, tu się spełniam! TO jest moje życie! Tak jest mi dobrze!  Czasami tylko czuję, że pragnę wciąż więcej, jakby to, co mam, miało jakiś brak... 
Spełniona, doskonała, zadowolona lecz nienasycona - zasypiałam tak często -  niespokojna, poruszona zagadką luki w szczęściu mojego życia. Każdego ranka pustka w codzienności rozlewała się z coraz większą siłą, zalewała mój doskonały grafik, a ja usilnie wycierałam ją, pytając: o co Ci chodzi, Boże?! Robię wszystko, by było Nam wspaniale!


 Cisza... Cisza tak wielka, że aż przerażająca.  Stoję na ścieżce swojego istnienia w koszmarnej ciszy, pustce i zagubieniu. Jakby ktoś odebrał mi nagle moje supermoce doskonałości i zaradności. W oczy powiał wiatr trosk, drobnostek urastających nagle do trudnych problemów. Serce zgłupiało bijąc dla niewymownej tęsknoty. Chcę więcej! Pragnę! Pragnę czegoś więcej, niż szczęścia wymalowanego po swojemu. Więcej, więcej miłości! ... krzyczę w głuchą ciszę...


"Pójdź za mną!" Cichy szept budzi mnie jakby ze śpiączki, wyciąga z martwej ciszy. Nie słyszę już rozkazu, kusisz Swoim ciepłym spojrzeniem Boże...  Jak mam iść? Zostawić to wszystko, co tak misternie zbudowałam i o co troszczyłam się z taka miłością? Jak? Wyrywasz mi serce, Boże! Patrzę jednak zachłannie w Twoją twarz, ciepło Twojej miłości ogrzewa moją zmarzniętą duszę. Wiem, że nie pójdę już dalej bez Ciebie. „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłam się uwieść” (Jr 20,7)...


Idę więc za Tobą, Panie, wpatrzona w Twoje bezpieczne ramiona. Nasycona blaskiem Twojej miłości i czułości, spełniona. Za Tobą nie znaczy wcale, że nie jest po mojemu. Za Tobą, czyli tylko krok dalej, na wyciągnięcie ręki od niewyobrażalnego, absolutnego szczęścia, pełni, którą Jesteś. Blisko tak, że bliżej już się nie da, bo dalej jesteś już tylko TY.  Idę zachwycona swoim życiem opromienionym Doskonałością, bo to Ty trzymasz je teraz w swoich dłoniach.   Idę... poruszona, zafascynowana światem, którego nie było wcześniej w moim grafiku.  Idę za Tobą zakochana, lekko stąpam po ziemi,  śpiewam Ci psalmy i wiem już, że gdy idziesz przede mną, Panie, już nic mi nie grozi, bo choć tysiąc padnie u mego boku, a dziesięć tysięcy po mojej prawicy, nic złego mnie nie spotka. (Ps 91)
Nie muszę już żyć perfekcyjnie, nie chcę być idealna. Nie żyję już dla siebie... Każdego dnia pytam Cię, Panie, jak bogaty młodzieniec z ewangelii: czego mi jeszcze brakuje?  Co mam czynić?  A TY patrzysz z miłością w moje oczy i odpowiadasz: chcesz być doskonała? Oddaj wszystko, co masz, rozdaj ubogim, a potem idź za mną.  Idę więc, bo wiem, że nie ma lepszego planu dnia, ani pomysłu na moje życie:)  

Idę za Tobą, Panie, rozdaję siebie od rana: w kanapce pełnej miłości, włożonej do szkolnego plecaka, w kawie postawionej przed mężem, osłodzonej wdzięcznością za jego czułość i troskę, w uśmiechu wysłanym ubogim w radość,  w przytuleniu tych, którym brakuje ciepła i czułości. 

Oddałam Ci wszystko, rozdaję siebie. Zamiast pustki i braku mam w sercu radość i spełnienie.  Idę zapatrzona w Ciebie, w towarzystwie Twoich aniołów, którzy mnie strzegą na wszystkich mych drogach. I tak na prawdę już nie ja idę, lecz niosą mnie na rękach ci aniołowie, abym nie uraziła swej nogi o kamień... 
Zabrałeś mi strach i niepokój. Nie myślę już o tym, co będzie jutro. Zasłaniasz przyszłość swoimi ramionami rozpostartymi na krzyżu, czekasz na mnie z otwartym sercem. Wołasz mnie po imieniu, mówisz: córeczko, czekałem...

Dzieci zaraz wrócą ze szkoły, a ja z obiadem w przysłowiowym lesie. Pralka w łazience krzyczy, że pranie już czyste, Mały płacze, że kompot się wylał na dywan. Puka listonosz, dzwoni telefon... Sprawnie liczę sekundy, ustalam co najpierw, co potem.  W słuchawce słyszę głos teściowej: " zrobiłam sporo pierogów, nie chcesz na obiad?" Mąż wcześniej wraca z pracy, jemy pierogi, pranie i dywan  schną w okamgnieniu. Za oknem już smutna i ponura jesień, a nam tak dobrze  z TOBĄ, 
BOŻE w ciepłym domu, wokół rozpalonego kominka...

Tęsknotę  i niedosyt szczęścia wyleczyłam  JEGO obecnością.
Copyright © 2016 Babskie Skarby , Blogger