niedziela, 17 września 2017

Wyzwanie - PRAWDA

Wyzwanie - PRAWDA





Prawda zdejmuje ludziom maski z twarzy. Prawda ujawnia piękno, wyzwala...

Chodzimy różnymi ścieżkami. Dokonujemy wyborów, podejmujemy decyzje budujące drogę, którą kroczymy przez życie.  Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego moja droga zamiast być prostą, szeroką i elegancką promenadą, jest wąską ścieżyną wiodącą przez trudny do pokonania teren. Wiele zakrętów, serpentyn, stromizn... Często miałam wrażenie, że taka droga zaraz się skończy jakąś przepaścią, bo nie widziałam, co kryje się za kolejnym życiowym zakrętem. Skoro tak wiele tych wiraży, pomyślałam, to znak, że idę pod górę, bez widocznego celu, przez ciemne zakamarki pełne zarośli i krzaków, przez które trzeba się sprytnie przeciskać, idąc dalej, poraniona często cierniami, podrapana  gałęziami i zmęczona... O tak, zmęczenie daje w kość! Wtedy najłatwiej zrezygnować z życiowego marszu. Ilu z nas wybiera wtedy rezygnację, wraca na życiową kanapę, przykrywa się ciepłym kocykiem i siada przed ekranem telewizora czy monitorem komputera? Wielu! Popatrz na świat wokół Ciebie... Oczy wpatrzone w miliony monitorów, serca karmione iluzją, kłamstwem. Sztuczne, miłe ciepełko. Wygoda i luksus. 

Wielu z nas siedzi, ja wciąż idę... Siedzę  teraz właściwie na małej polanie. Odpoczywam po przedzieraniu się przez życiowe chaszcze, opatruję mniejsze i większe skaleczenia. Odzyskuję oddech. Ciepło mi tu i dobrze... Na mojej polanie świeci Słońce. I przyszło mi do głowy, że musi istnieć taka życiowa ścieżka, która, choć wiedzie pod górę, to jest widna, prosta i bezpieczna. Taka, po której idąc, choćby nocą, będę widziała jasną gwiazdę, wskazującą drogę... Jest taka droga. To droga prawdy i uczciwości.



Rozmawiałam ostatnio z kimś o takiej drodze. Podobno wcale się nie opłaca. Idąc nią, doskonale cię widać, nie możesz założyć wygodnej maski, udawać ani kłamać. Jak zdejmiesz swój kamuflaż, to zawsze skopią ci tyłek, bo taki jest świat, takie jest życie... Czy na pewno? Warto, czy nie warto?



Ruszam dziś w drogę. Wybrałam tą, po której się podobno iść nie opłaca. A jeśli? Jeśli Adam i Ewa byliby uczciwi, nie skończyliby zawstydzeni w krzakach, przestraszeni, zalęknieni i niepewni. Ja wierzę mocno w to, że na końcu mojego wędrowania znajdę swoją rajską oazę. Jeśli Bóg jest Światłością, to niemożliwe jest, by idąc tą drogą wpaść w przepaść, której nie będzie wcześniej wyraźnie  widać. Jeśli Bóg jest Drogą i Prawdą, to wybieram ten szlak, by znaleźć Życie. Prawdziwe życie. Z pięknymi widokami.

Podjęłam  wczoraj wyzwanie. Przez najbliższy rok będę żyła w prawdzie, uczciwie - bez kłamstwa, kombinowania i oszukiwania siebie i innych, bez maski i kamuflażu.  Czy tak się da? Czy jest to możliwe? Chcę sprawdzić, czy w dzisiejszym świecie prawda faktycznie się nie opłaca.

Rzucam to wyzwanie Wam wszystkim. Nikogo nie nominuję. Zbieram chętnych. Masz tyle odwagi by zrobić to ze mną? Jeśli tak, napisz mi w komentarzu "idę", razem będzie nam raźniej. Jeśli chcesz mi  pomóc, wesprzyj mnie, proszę, modlitwą. A jeśli jesteś ciekawy, jak mi idzie, odwiedzaj mój blog, który będzie przez najbliższy czas notesem z podróży. Za rok odpowiem Wam i sobie na pytanie, jak czuje się człowiek, który żyje w PRAWDZIE.  Życzcie mi odwagi, siły i powodzenia. Możecie udostępniać moje wyzwanie, może gdzieś na świecie  jest choć jedno serce, które tak jak ja pragnie żyć prawdziwie.

Najbardziej cieszę się z tego, że ruszam z Panem Bogiem w sercu, spokojna, że On mnie strzeże, czuwa nade mną i jest moim cieniem...
Jeśli ktoś myśli, że będzie to dla mnie łatwe zadanie, to jest w wielkim błędzie. Wiem, że moje życie czeka wielka rewolucja. WIELKA! 



Photo by Chad Madden on Unsplash



wtorek, 12 września 2017

Idzie jesień...

Idzie jesień...


Dzieci wróciły do szkoły, niebo codziennie  płacze deszczem, jakby tęskniło za powoli odchodzącym latem. Do południa w moim domu panuje cisza, czas jakby wolniej płynie, by od południa nabrać tępa. Krzątam się w tej swojej codzienności z głową pełną myśli. Jeszcze nie oswoiłam się z tą poranną samotnością wśród czterech ścian. Serce tęskni za ogrodową przestrzenią, ciepłem słońca, bogactwem kolorów, dźwięków i pięknych doznań... W cieplejszych ubraniach  jakby zbyt ciasno. Poranki pełne  są mgły, która stopniowo podnosi się i ukazuje coraz wyraźniejszy widok za oknem.

W moim sercu też jakby mgła, na którą składa się dziwny natłok myśli, obaw i niepokoju. Chciałabym widzieć już jaśniej i wyraźniej. Jestem niecierpliwa. Nie lubię okresów pomiędzy.  Pomiędzy latem a jesienią, pomiędzy oczekiwaniem a rzeczywistością, pewnością a niepewnością, pustką a pełnią. Taki czas niepewności, niedosytu, niewiadomej trochę mnie rozdrażnia, bo trzeba być na wszystko gotowym. Nie wiadomo, co odsłoni mgła, czy jesienne słońce, pełne jeszcze ciepła i rozświetlające  nowe, przyjemne i zachwycające barwy, czy deszcz i słotę, którą trzeba pokochać, żeby nie być wciąż zawiedzionym.

Na kuchence gotują się pomidory. Mimo ponurej pogody, cudnie pachnie latem. Będzie przecier. Czerwony, słodki, pełen wspomnień słonecznych dni, radości, jaką miałam pielęgnując pomidorowe krzaczki. Zamykam słoiki i już dziś wiem, że usłyszę: "mamo, pyszna ta zupa z naszych pomidorów, dobrze, że robisz przetwory!"
Wbrew wszechobecnej nowoczesności otaczającego nas świata, pędowi za luksusem, na który ciężko pracujemy tracąc swoje siły i czas, ja trwam i odnajduję się w świecie staromodnych przetworów, ręcznych robótek, reperowania staroci i robienia czegoś z niczego. Mam nadzieję, że dom, który tworzę dla moich bliskich, jego atmosfera i zwyczaje będą kiedyś  dla moich dzieci jak te dzisiejsze słoiki pachnących pomidorów. Marzę o tym, że kiedy dorosną i staną pośród niepewności życiowych jakby we mgle, otworzą  ich wieczka i wypełnią swoje serca słodyczą i zapachem tego, w co wkładam całe swoje życie. Wierzę, że będzie to aromat i smak miłości, który rozleje się w ich pamięci i rozjaśni ponure dni i chwile pełne słotnych myśli, wskaże właściwą drogę. Chciałabym, żeby byli dumni z tego, że dorastali w domu, gdzie "pomidory" rosły zawsze na wyciągnięcie ręki...

Naklejam na słoiki etykietki z datą i nazwą.  Mimo, że pomidorowe krzaczki  na grządkach wyglądają dziś już marnie, zbiory są zadowalające. Mam nadzieję, że ten rok zachowamy w pamięci jako równie obfity. Jestem szczęśliwa i zadowolona, bo spiżarnia mojego serca jest już solidnie wypełniona dobrymi wspomnieniami wspólnych chwil.  W tym roku najbardziej cieszą mnie owoce letnich wyjazdów oazowych dzieci i naszej pierwszej, wspólnej pielgrzymki. Owoce są szczególnie cenne, bo zatopione w wyjątkowej zalewie, której najważniejszym składnikiem jest słodycz Bożej Miłości.

środa, 6 września 2017

Słowa Skarby - św. Franciszek Salezy

Słowa Skarby - św. Franciszek Salezy
Za oknem szary i deszczowy wrzesień, a u mnie w ogródku kwitną cudne żółte słoneczniki. Rozświetlają ponury krajobraz, są jak promień jasnego słońca...

W takie dni, jak dzisiejszy, zatapiam się w książkach. Pomyślałam, że co jakiś czas będę umieszczała na blogu coś wyłowionego z tego, co akurat czytam. Dziś słoneczna myśl św. Franciszka Salezego.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Czuwanie

Czuwanie



Czuwam.  

Jestem matką, żoną, kobietą i mogę napisać miliony zdań o tym, czym jest czuwanie. Nie ważne od czego zacznę opowiadać, moje życie jest nieustannym czuwaniem... 

Niektórzy mówią, że jestem perfekcjonistką. Jestem. I dobrze, bo kiedy wiesz, że pewnego dnia spotkasz Miłość Doskonałą, Absolutną, Pełną, to chcesz być gotowa. Zawsze. Idealnie.  Perfekcyjnie. Na tyle, ile po ludzku może ci się wydawać doskonale. Kocham i  każdego dnia chcę kochać więcej, lepiej, mocniej, pełniej... Czuwam więc  nad tą miłością, by piękniała, by  nie straciła nic z tego blasku, którym już świeci.

Czuwam - Nie śpię, otwieram szeroko oczy, trwam w gotowości, by zacząć nowy dzień. Mimo wielu trudności, staram się być odważna, nie chcę się bać,  dać zaskoczyć w wydarzeniach nadchodzącego dnia.  Czuwam, myśląc o Miłości. Tęsknię, czekam,  ale żyję pięknie w tej swojej codzienności. Daję z siebie tyle, ile mogę najwięcej. Nieustannie działam, ufnie podnoszę wzrok ku niebu, prosząc o siłę, której czasami brakuje. 

Czuwać to dla mnie służyć, dbać, doglądać, matkować, pilnować, pielęgnować. Przed oczami mam każdą sekundę opieki nad czwórką dzieci, mężem, domem, ogrodem, naszym rodzinnym życiem. Ciężka to praca i nie sposób wymienić tu wszystkich drobnych czynności, które na nią się składają. Jedno jest pewne, gdyby nie Miłość, nie byłoby sensu, nie byłoby po co, nie byłoby siły.  Czuwam, by  ta miłość wzrastała, kwitła, owocowała. Doglądam, jak boży ogrodnik, któremu dano w opiekę kilka drogocennych sadzonek. Wielka to odpowiedzialność, takie czuwanie, ale i radość wielka,  niesamowita pociecha z dobrze wykonanej pracy. 

Kiedyś szybko traciłam siły, wydawało mi się, że życie przyciska, tłamsi, oczekuje, wymaga ponad miarę. Dziś wiem, że ci, co zaufali Miłości, otrzymują tyle siły, że mogą czynić wszystko, nawet latać jak orły! Boża miłość w sercu wszystko w moim życiu poukładała. Cel mojego czuwania jest tak niesamowity, że dla Niego wszystko warto, każdy wysiłek jest przyjemnością. Kiedy z ufnością patrzysz na jaśniejące przed tobą Światło, wszystko wydaje się inne. Zmieniają się priorytety, widzisz jakby wyraźniej rzeczy ważne i ważniejsze,  nie myślisz już, czy coś opłaca się zrobić, tylko to robisz. Od razu, natychmiast. Bo robisz to dla Niego - dla Boga. I nagle pragniesz  robić jeszcze więcej. Miłość w środku ciebie sama się mnoży, chcesz ją rozdać, uszczęśliwiać innych.  Dostajesz nagle  skrzydeł, latasz, umocniona Bożą Siłą niczym prawdziwy orzeł... Czujesz smak przestworzy, pachnie ci już niebo...   
Odtąd  musisz  już czuwać inaczej: chronić, stróżować, osłaniać, stać na straży swojego gniazda.  Teraz czuwanie jest nieustanną czujnością, wytężaniem uwagi, bacznością  o każdej porze, by nikt nie włamał się do twojego domu, do twojego serca i nie zabrał tego, co masz najcenniejsze.

Myślę, że gdyby każdy uświadomił sobie teraz, w tej chwili, jak drogocenne skarby trzyma  w swoich rękach, jak wiele posiada, czuwałby odtąd tak jak ja, w każdej sekundzie. Znasz wartość swojego skarbu? Wylicz teraz tylko to, z czym jutro byś chciał się obudzić...

 Zło nie śpi. Czuwa, czeka... Odpierasz atak? Czy pozwalasz się okradać? 

Czuwaj, cokolwiek to dla ciebie znaczy: chroń, pilnuj, bądź uważny. Stróżuj, uważaj, obserwuj, bądź ostrożny, zajmuj się, stawaj w obronie, wytężaj uwagę, otaczaj opieką, pielęgnuj, doglądaj, stój na straży. Otwórz szeroko oczy. Pilnuj swojej Miłości! Bo nie znasz dnia, ani godziny, kiedy przyjdą po to, co z tej miłości wyhodowałeś. Pilnuj! bo nie wiesz też, kiedy przyjdą cię z niej okraść. Czuwaj nieustannie...

Nie wiem, kiedy Bóg zapuka do moich drzwi. Czekam, trwam  w gotowości, żyjąc najlepiej jak potrafię. Mam nadzieję, że kiedy przyjdzie ta chwila, Pan Bóg zastanie mnie przy właściwym zajęciu. Chciałabym wtedy mieć rozpostarte skrzydła nad tym, co dla mnie najcenniejsze, gotowa do lotu w stronę Nieba.

P.S.  Myślę, że będzie wtedy niezły ubaw, bo gdy Pan Bóg rozłoży SWOJE skrzydła, oniemiała zapomnę, czym jest lata... ziemskie fruwanie. 


piątek, 18 sierpnia 2017

Być żoną

Być żoną




Małżeństwo to sakrament święty. Święty... słowo odbija się echem w mojej głowie. Dotykam obrączki na serdecznym palcu, patrzę na jej kształt i nagle dociera do mnie mocno, że jest ona taką złotą aureolą, która ma świecić nieustannie nade mną i moim mężem, przypominając nam o tym, dokąd zmierza nasza wspólna wędrówka przez życie.
Moja aureola ma  15 lat. Dzięki Bogu miałam przez ten okres tyle siły i miłości, by nie zdjąć jej z palca. Z jej blaskiem bywało różnie, bo bycie żoną to strasznie trudne zadanie. Zadanie, którym jest troska o Miłość. 
Niedawno zrozumiałam, że ta Miłość to Bóg, który  obecny w małżeństwie, przemieni wszystko i podniesie z każdego upadku, z ludzkich słabości i grzechów. Tylko On zna się na tym najlepiej. Nie ja, nie mąż, którzy nosimy w swoich sercach własne pomysły na związek i życie, ale ON, Ten, który uczynił nas jednym ciałem.

Tak trudno zawierzyć, zrezygnować z siebie, zaufać i przyjąć Bożą Miłość w małżeństwie. Ciężko jest pracować  nad swoją  postawą, doskonalić się i wzrastać, a co dopiero robić to wspólnie, w związku, który jest święty, a my tacy niedoskonali...
 Nie raz cierpiałam, chcąc na siłę uświęcić męża, nie raz myślałam, że to  ja jestem wspaniała, a on ma tyle do zrobienia. Wzniosłe zamiary, marnowanie czasu i siły... Szukałam wielu sposobów, aby być szczęśliwą żoną. Przez wiele lat wybierałam różne ścieżki, oczekując chwały na końcu każdej z nich, znajdując wciąż niedosyt, pustkę i samotność. Wiele lat błądziłam, sądząc, że znajdę lepszą drogę, że zmienię męża na doskonalszego... Niejednokrotnie nie miałam już pomysłu na to, jak być dobrą żoną. Jakiś czas temu, chlipiąc pod nosem z bezsilności, spojrzałam na obrączkę i przypomniałam sobie słowa przysięgi złożonej mężowi: ślubuję ci Miłość... i zrozumiałam, że to Bóg jest tą Miłością.   Bez Boga nie ma  udanego małżeństwa. To Boża Miłość przemienia mojego męża, doskonali go, jednoczy nas i stawia na właściwej ścieżce, podnosi z upadków.

Być żoną, to pragnąć Boga w sercu swojego męża. Być żoną, to pielęgnować w sercu płomień Miłości Bożej, chronić go i podsycać. Uczę się wciąż tego, że wszystko, co czynię, przeżywam i myślę, ma być wypełnione Bogiem. ON ma być na pierwszym miejscu, żeby wszystko inne było na właściwym miejscu i we właściwym czasie. Tylko ON jest w stanie odbudować wszystko to, co przez własną pychę, dumę  słabość i brak ufności zepsuliśmy. Być żoną, to czujnie troszczyć się o wiarę, nadzieję i miłość w sercu swoim i męża.

Tylko Bóg ma taką siłę i moc, która sprawi, że nasze obrączki będą świeciły niezwykłym blaskiem, a woń Jego Miłości w nas zachwycać będzie swoją  słodyczą.

Photo by Peter Ovralov on Unsplash

środa, 16 sierpnia 2017

Pielgrzymka

Pielgrzymka


Szóstego sierpnia wyszłam razem z rodziną z domu, by oddać serce Maryi. Nie wiedziałam wtedy, że oddając Jej mój najcenniejszy skarb, zyskam więcej niż mogłoby mi się przyśnić w najpiękniejszym śnie. Wróciłam tak zakochana, tak zachwycona Bożą obecnością, że po ludzku brakuje mi słów uwielbienia. 

Pierwsza w życiu pielgrzymka mojej sześcioosobowej rodziny była wielkim wyzwaniem, drogą której jeszcze nie znaliśmy, przynagleniem: "idźcie i głoście". Spakowani w dwie walizki, z namiotem kupionym w ostatniej chwili, w nowych butach i z małym wózkiem, w który wsadziliśmy naszego niespełna trzyletniego Małego, ruszyliśmy rodziną do Matki, nieświadomi trudu fizycznego i duchowego, który był przed nami.

Nie sposób opisać wrażeń towarzyszących wędrówce.  Nie jestem w stanie opowiedzieć o wzruszeniach, pięknych chwilach, ludziach, historiach życia, eucharystiach, konferencjach i uczuciach pielgrzymkowych. To trzeba przeżyć.  Wielu nas podziwiało, wielu mówiło o naszej odwadze pielgrzymowania rodzinnego. A ja dziś mówię: to nie odwaga, to nie chęć pokazania, że taki wysiłek jest do uniesienia, to MIŁOŚĆ Największa Ze Wszystkich szła w moich nowych sandałach. Bo jak wytłumaczyć to, że przeszłam bez żadnej kontuzji, bez bąbli i bólu fizycznego 200km, z małym dzieckiem w wózku, z trójką starszych narzekających na trud dzieci, w nowych butach, boso - bez skarpetek, miesiąc po operacji? Jak wytłumaczyć to, że mimo serca, w które z każdym krokiem wbijały się ciernie kłopotów, żalu, bólu i trosk, które obolałe wniosłam na Jasną Górę, potrafiłam unieść swą rękę do nieba i zaśpiewać z uwielbieniem: O NAJWYŻSZY!!! Tylko Miłość może dokonać takich rzeczy. 
Tylko TY, MATKO, możesz nas tej Miłości nauczyć. To Ty, Maryjo, zapraszasz nas na pielgrzymi szlak, byśmy idąc uczyli się wielbić Twojego Syna. Jestem przekonana, że każdy z nas szedł prosić Cię o jakąś łaskę, niósł swoją intencję, znosząc trud, a kłaniając się przed Twoim tronem uwielbiał Boga za to, że dotknął naszych serc, wlewając w nie miłość, przemieniając i uzdrawiając  nas.

Najpiękniejszym dniem mojego pielgrzymowania był piątek, marsz w ponad trzydziestostopniowym upale, głęboko przeżyta droga krzyżowa i różaniec rozważany w ciszy. Przy tajemnicy ukoronowania cierniem, realnie poczułam ból  serca, wróciło wiele zranień, o których nie mogłam zapomnieć... Przy tajemnicy dźwigania krzyża jedyny raz podczas pielgrzymki poczułam ciężar trudu drogi, którą pokonywałam tego dnia sama, za całą rodzinę. Przeżyłam moment zwątpienia, zabrakło mi wiary na ułamek sekundy. Serce pękało, ciężar krzyża przygniatał duchowo. A potem, przy ostatniej tajemnicy śmierci na krzyżu, nie umarłam, lecz narodziłam się, bo poczułam, jakby moje serce pocałował sam BÓG. Pocałował, przytulił, otarł łzy i wyszeptał: kocham was: takich utrudzonych, cierpiących, zmartwionych, pysznych, niepokornych, niecierpliwych, tchórzliwych, wątpiących, samotnych... Poczułam wtedy, że to dla tej Miłości warto żyć. Tylko Ta Miłość jest doskonała. Tylko z sercem wypełnionym Bogiem mogę wszystko. 

To nie odwaga powiodła mnie na szlak pielgrzymki. To Miłość, żywy Bóg, którego  widziałam każdego dnia przy mnie, w osobie każdego brata i siostry, w każdym geście, słowie, zdarzeniu. To Miłość budziła mnie bladym świtem, to On był w tych, którzy nalewali wrzątku do porannej kawy, w tych, którzy dzielili się chlebem, kanapką w drodze. To Miłość wypełniała butelki z wodą, które wkładał mi mąż na drogę do plecaka. To Ona - Boża Miłość - karmiła nas rękami utrudzonej służby gastronomicznej, strzegła oczami porządkowych, syciła duszę poprzez słowa kapłanów i eucharystię, opatrywała rany rękami służby sanitarnej, podnosiła na duchu śpiewem muzycznych. 

Zakochałam się. 
Po uszy, a może i jakoś więcej...
Jeden pocałunek, jedna sekunda, jedna pielgrzymka odmieniła na zawsze moje życie. 
Pragnę więcej, mocniej i lepiej... żyć , kochać, służyć i głosić chwałę. 
Jestem gotowa, o Najwyższy!

środa, 26 lipca 2017

Ketchup domowy z cukinią

Ketchup domowy z cukinią


Ketchup z cukinią? Kiedy w zeszłym roku dostałam przepis na ten warzywny sos, nie bardzo chciało mi się wierzyć, że smakiem będzie przypominał ten z pomidorów. Sprawdziłam. Smak jest genialny, konsystencja idealna (to właśnie zasługa cukinii), kolor piękny.
W mojej spiżarni, obok dżemu truskawkowego, jest tym skarbem, który najszybciej znika z półek:)
Przepis jest nieskomplikowany, nie ma możliwości, żeby się nie udał!
No to do dzieła!


Domowy ketchup z cukinią.


1,5 kg obranej cukinii
0,5 kg  cebuli
1 3/4 szklanki octu
400g koncentratu pomidorowego
2 łyżki soli
1 łyżeczka pieprzu mielonego
1 łyżeczka papryki ostrej
1 łyżeczka papryki słodkiej


Obraną cukinię pokrój w kostkę, cebulę w półplasterki, dodaj 2 łyżki soli, wymieszaj razem i odstaw na ok. 3 godziny. Po tym czasie odlej sok, który się pojawił i smaż cukinię ok 45 minut na małym ogniu, mieszając co jakiś czas. Dodaj teraz cukier i ocet, smaż dalej, ok. 15 minut. Dodaj następnie pozostałe składniki:koncentrat, pieprz i paprykę. Jeśli lubisz ketchup bardzo pikantny, możesz dodać także pół łyżeczki chilli. Gotuj jeszcze ok 5 minut. Pozostaje tylko zblendować wszystko na gładką masę. Przełóż teraz ketchup do małych słoiczków i pasteryzuj ok 15-20 minut.  Gotowe!











Copyright © 2016 Babskie Skarby , Blogger